Rob Donn aka Robert Mackay

Wśród tego, co powstało, jest wszystkiego po trochu: bojowe pieśni jakobickie i ballada o bitwie pod Falkirk, której poeta był uczestnikiem za młodu: pieśni miłosne, spośród których jedna, do żony, zaczynająca się od słów: Mairi bhan óg (czyt. Majri van 6g, tj. Mario, kobieto młodziutka) uchodzi za najpiękniejsze i najsubtelniejsze wyznanie, jakie istnieje w całej poezji szkockiej: poematy uczuciowe, komiczne, satyryczne... Nade wszystko jest jednak Duncan Ban piewcą życia pasterskiego i myśliwskiego Gór Szkockich, tak że nazwano go Robertem Burnsem Wyżyny. Tylko że nie ma w jego poezji ani śladu goryczy Burnsa, no – i nie ma też jego polotu myśli. Duncan Ban nie filozofuje, ale żyje i cieszy się szczerze i po prostu tym, co w życiu jest radosne, nie doszukując się w nim sprzeczności, fałszu, niesprawiedliwości. Na szczególne wyróżnienie zasługuje poemat o Jeleniu z Ben Dorain, na przemian w strofach i antystrofach, o ciekawie zmiennym rozmiarze, zastosowanym do akompaniamentu góralskiej kobzy. Bardzo piękny jest też poemat pod tytułem Coire Cheathaigh, Zamglony żleb: jest to opis krajobrazu oglądanego z miejsca, gdzie łowczy Duncan Ban miał stanowisko myśliwskie.

Współczesny obu poprzednim, i też niepiśmienny, jest Robert Mackay, inaczej Rob Donn (1714-1778). Pozostawił sporą ilość elegii, przepojonych wielkim smętkiem i przejmujących żałością, między innymi jedną zupełnie w duchu słów Eklezjasty o próżności wszystkiego, co ludzkie. Poeta stracił przyjaciela, biedaka imieniem Hugh. Jednocześnie dowiaduje się, że umarł Peckham, premier angielski. Ten miał wszystko, czego zapragnął, był potężny, a Hugh nie miał nic i nic nie mógł. I oto obaj umarli, obaj rozpadną się w proch. Czymże są wszelkie pragnienia, wszelkie radości i smutki, skoro wszystko jednako się kończy? Słynie zwłaszcza Rob Donn jako satyryk, tak cięty i złośliwy, że równego mu pod tym względem nie było na Wyżynie Szkockiej ni przedtem, ni potem. Póki żył, lękali się go najpotężniejsi. O wielkiej wartości poezji religijnej Dugalda Buchanana (1716-1768) mieliśmy już sposobność wspomnieć. Dodamy tu więc niewiele. Nie był on zupełnym prostakiem, jak tamci, owszem, posiadał był w dzieciństwie zaczątki wiedzy elementarnej, a potem czytał sporo, zwłaszcza Biblię, którą jako prawy purytanin umie na pamięć, i pisma treści religijno-moralnej. Wielkie wrażenie wywarła na nim poezja angielska, zwłaszcza Isaac Watts i Edward Young. Tworząc swoje Laoidhe spioradail (czyt. Laoje), Pieśni duchowe, świadomie wzorował się na nich. Są w jego poezji także ślady wpływu Szekspira. Ale osobiste jego życie wewnętrzne zbyt potężnie wrzało, by nie przelać się w utwory i nie wypełnić ich treścią własną po brzegi. Wrażliwy i bardzo nieszczęśliwy ten człowiek przeżywa w sobie wszystko, o czym się mówi, czego się naucza w jego środowisku purytańskim, gdzie egzaltacja religijna jest chlebem powszednim, gdzie każda najniewinniejsza radość uważana jest za zbrodnię. Innych podnieca to do czynu, do chwytania za broń przeciwko „synom Be- liała“. Buchanan od dzieciństwa przejęty jest przerażeniem. Od dziewiątego do dwudziestego szóstego roku życia nawiedzają go wciąż wizje okropne. Mija to później, ale skoro tylko pomyśli o Bogu – a nie jest w stanie myśleć o czymśkolwiek innym – poeta doznaje w dalszym ciągu trwogi tak potwornej, że przechodzi w udrękę fizyczną. Stąd zrodziły się te potężne poematy wizjonerskie, jak Majestat Boga, Sen, Cierpienia Chrystusa, Dzień Sądu, Bohater, Trupia czaszka, Zima, Modlitwa. Laoidhe spioradail osiągnęły szczyt powodzenia. Od 1767 r. doczekały się czterdziestu kilku wydań.

Leave a reply

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>